piątek, 15 października 2010
Obraz sztuki współczesnej widzianej przez pryzmat krytyki artystycznej w "Wiadomościach Literackich". Czyli magisterka w 2000 znaków
poniedziałek, 11 października 2010
Utyskiwania tetryka czy tyrada Naphty? O "Kryzysie muzeów" Jeana Claira
Kryzys muzeów powstał w reakcji na decyzję o utworzeniu „Luwru” na budowanej, „Rajskiej Wyspie” w Abu Zabi, tam wśród luksusowych hoteli, rezydencji i centrów handlowych stanąć ma filia najsławniejszego paryskiego muzeum. Francuzi w zamian za długoletnie wypożyczenie dzieł Luwru oraz udostępnienie marki muzeum zainkasowali miliard euro. To właśnie akt kulturowej symonii sprowokował Claira do napisania eseju, w którym próbuje postawić diagnozę dzisiejszego upadku muzeów.
„Przyjemność zwiedzania muzeum zamieniła się ostatecznie w mękę: niekończąca się kolejka, a potem tłum, zamęt, tumult”, tak Clair odczuwa obecność w dzisiejszych placówkach kultury. Czuje się tam obco, jako przedstawiciel elity – „klasy skazanej tylko na przetrwanie” cierpi pod naporem mas, „hałaśliwych”, „śmierdzących”, „wygłaszających bzdurne komentarze o marmurowym pośladku”. We współczesnych muzeach dostrzega przede wszystkim parki masowej rozrywki, w których nadrzędnym celem jest bycie „cool” i dostarczanie „fun”. W takich okolicznościach eksponaty tracą swoją pierwotną moc, stają się tylko wypełnieniem ekscentrycznych „architektonicznych skorup” o modnym dizajnie. Dzieła stają się gadżetami, którym towarzyszy trywialny komentarz podporządkowany aktualnej modzie intelektualnej. A polityka kulturowa państwa zwraca się co raz wyraźniej w stronę „ekonomiki niematerialnego”, w której istotą dóbr kultury jest wyrafinowane pomnażanie PKB.
Claira irytuje obłudna retoryka dotycząca instytucji kulturalnych, które im bardziej przemieniają się w supermarket, tym bardziej szarżują wielkimi hasłami „muzeum otwartego”, „muzeum agory”, głoszącego „uniwersalne” wartości kulturowe. Twierdzi, że współczesna polityka muzealna, uniemożliwia poznanie i zrozumienie, nie tylko dzieła, ale także kontekstu w jakim powstało oraz osławionego „Innego”. Udowadnia na przykładzie Muzeum Branly, prezentującego kultury Azji, Afryki, Ameryk i Oceanii, jak pod szczytnymi hasłami utrwala się frankocentryczna ignorancja kulturowa. Jak przepojone postkolonialnymi dyskursami muzeum de facto kolonizuje kultury obce, jak sprowadza obiekty kultu, do „kulturalnych fetyszy”.
Znaczną część eseju zajmują refleksje dotyczące inflacji obrazów, które straciły swoją magiczną moc, przyciągania tłumu i hipnotyzowania go. Autor z nieskrywaną fascynacją opisuje wiarę w siłę wizerunku, jaka cechowała dawne społeczności. Z dużą rewerencją pisze o muzułmanach trwających wciąż przy ikonoklazmie, przykładających po dziś wielką wagę do zakazu obrazowania boga. Hiperinflacja wizerunków która dokonała się w epoce nowoczesnej, oraz postrzeganie sztuki tylko w kategoriach estetycznych, sprawiły że obrazy straciły w kulturze europejskiej swoje znaczenie. Artyści wytwarzający obrazy, pozbawione mocy symbolicznej, sięgają po co raz silniejsze (pozornie) prowokacje. Brud, ludzkie wydzieliny, profanacje, które pretendują do bycia bluźnierstwem, są najwyżej tanim wulgaryzmem. By być bluźnierstwem, obiekty (bądź idee) które rzekomo przeklinają musiałyby być obiektami kultu, są zaś w najlepszym wypadku przedmiotami estetycznymi, a jeszcze częściej podlegającymi „ekonomice niematerialnego” „produktami kulturalnymi”. Mimo iż całe życie poświęcił sztuce nowoczesnej, to właśnie nią uznaje za winną obecnemu zubożeniu kultury.
W swoich diagnozach wielokrotnie wydaje sądy sprzeczne. Raz poddaje totalnej krytyce muzealną praktykę przeniesienia obiektów z pierwotnego kontekstu do zbioru muzealnego, co stanowi istotę nowoczesnego muzeum. By za parę stron idealizować dziewiętnastowieczne muzea. Z pasją atakuje frankocentryzm Muzeum Branly, a samemu z wyższością pisze o amerykanizacji, albo straszy kobietami w chustach z torbami znanych marek. Kulturę oświecenia oskarża za laicyzację kultury i jej obecny upadek, a zarazem z nabożną czcią pisze o Wolności, Równości i Braterstwie. Takich sprzeczności, a czasami niedorzeczności sądów, które solidnie potrafią zirytować, w tej krótkiej książeczce spotykamy dużo, bardzo dużo. Niemniej jednak jest to lektura fascynująca, którą powinniśmy uwzględniać (acz nie musimy się z nią zgadzać) w toczonych u nas debatach dotyczących budowanych, bądź istniejących już muzeów. Muzealni polemiści, którzy prezentują różne wizje funkcjonowania muzeów, zgadzają się co do jednego – muzeum musi być atrakcyjne, w największym stopniu inkluzywne, a ekspozycje korzystając z nowoczesnych mediów mają zainteresować jak najszerszą publisię. No właśnie czy koniecznie musi? Czy najważniejsze w kulturze, jak sugeruje NCK, jest to, że się l i c z y ?
Esej napisany jest językiem wysokim, pełnym słów o najcięższej wadze. Naród, Sztuka, Sacrum, Kultura etc. Co rusz natykamy się na erudycyjne wycieczki, Clair przywołuje Biblię, Monteskiusza, Brocha, Manna i wielu zacnych (w tym szczególna rola przypada Pomianowi). Są w niej bodaj wszystkie znane chwyty retoryczne. Wskazywałoby to, że mamy do czynienia z ze swoistą konserwatywną Pimkowszczyzną – oj nie. To nie swojski nudziarz Pimko, ale sam jezuita Naphta do nas przemawia. Jak to się dzieje? Po prostu Clair świetnie pisze, (a Jan Maria Kłoczowski bardzo dobrze tłumaczy).
niedziela, 19 września 2010
wtorek, 24 sierpnia 2010
Art Pride Pawła Leszkowicza - sztuka gejowska, czy konfekcyjna
Krzysztof Niemczyk, autoportet. Koszmarny malarz, świetny performer i fotografik pracujący własnym ciałem. Niezrozumiany w PRL-u przez artystyczne środowiska Krakowa, dziś również nie ma szczęścia do interpretatorów
Jacek Sempoliński, Ukrzyżowanie w kościele św. Anny, ol. na płótnie, 2006, 100 x 70 cm - Dramatyczna i trudna, a fascynująca i refleksyjna twórczość Sempolińskiego została sprowadzona do "pracy ręki w okolicach genitaliów" i zganiona za formalizm i religijną metafizykę.
Adam Adach, For such thing as love, 2009, ol. na płótnie, 140 x 170 cm. Bogaty warsztat Adacha, korzystanie z możliwości jakie daje monochrom, faktura, efekt non finito, sprawia, że jego sytuacje stają się niedopowiedziane, a przez swą niedopowiedzianość wciągające. Jeden z ciekawszych młodych artystów przedstawionych przez LeszkowiczaZa sprawą parady Euro Pride sezon upływa pod znakiem queer. Bodajże najważniejszym wydarzeniem jej towarzyszącym jest wystawa w Muzeum Narodowym Ars homo erotica, będąca nie tylko pierwszą w polskim muzealnictwie wystawą podejmującą kwestię twórczości homoseksualnej, ale także - niestety - najnudniejszą wystawą w MNW od lat. Wydany przez Abiekt.pl album Art Pride autorstwa Pawła Leszkowicza jest jej uzupełnieniem. Jest to przegląd polskiej sztuki gejowskiej ostatnich czterdziestu lat. Po nudzie jaką nam zaserwował autor w muzeum, z pewnymi obawami sięgnąłem po tę publikację. Byłem zaskoczony, książka nie jest nudna, napisana jest żywym językiem, a tezy autora wartko po sobie następują. Jest to pozycja z kilku powodów warta lektury, otóż jako pierwsza na polskim gruncie przedstawia twórczość artystyczną gejów, której głównym tematem jest (homo)seksualność i próbuje ją skodyfikować. Jest to zbyt ciekawe zjawisko, by pozostało nieopisane. Za podjęcie tematu należy się Leszkowiczowi uznanie, bowiem przyczynia się do rozszerzenia debaty artystycznej w Polsce. Na uwagę zwraca poziom edytorski książki, której układ jest atrakcyjny, małe ilustracje odnoszą się bezpośrednio do tekstu, a świetnie wykonanych, dużych reprodukcji mamy ok. 150.
Konstrukcję eseju autor opiera na „metodzie trzech odsłon i rozpinania (rozporka)”, dla której inspiracją jest praca Tomka Kawszyna Trzy gracje. Mają to być metaforyczne „akty uwalniania treści”, która ukryta jest „pod różnymi kodami, konwencjami i celową niepamięcią”. Leszkowicz tłumaczy – choć niezrozumiale, że metafora ta „jest trafiona , gdyż z psychoanalitycznym założeniem o libidalnej naturze kreatywności i sztuki – stanowi to uwalnianie zamkniętej, tłumionej męskiej (homo)seksualności i jej artystycznej ekspresji”. Twierdzenie dość pretensjonalne, z którym ewentualnie mógłbym się zgodzić, gdyby nie to, że większość uwagi poświęca w książce pracom, w których ukrytego nie ma nic, a treści podane są na talerzu (dość płytkim). Pierwszą odsłoną jest naświetlenie zagadnienia sztuki gejowskiej jako takiej i zrelacjonowanie dotychczasowych badań nad nią. Część ta jest niewątpliwie siłą tej książki. „Rozpięcie drugiego rozporka” odsłania „sztukę gejowską” powstałą od lat 60. do końca lat 90., a „za trzecim kryje się najbardziej obfita i eksplodująca współczesność”.
Właściwa narracja zaczyna się od przedstawienia twórczości Krzysztofa Junga (1951-1998) świetnego performera, przedstawiciela warszawskiej awangardy lat 70. tworzącej Galerię Repassage. Performans Junga, w którym wzajemnie z partnerem zszył swoje ubrania, by następnie zdjąć je zszyte i odzyskać swobodę, jest niezwykle poetyckim zdarzeniem, w którym same nasuwają się skojarzenia z budowaniem relacji miłosnej, z krępowaniem przez siebie partnerów i z rozstaniem, po którym owszem człowiek staje się wolny, ale pozostawiony nagi (bezbronny) wobec rzeczywistości (publiczność) w galerii. Zdarzenie to samo prosi się o pogłębioną interpretację. Skromne przedstawienie, za którym kryje się bogactwo… sprowadzone zostaje do bycia aktem „antykomunistycznym i antyheteronormatywnym”. Szkoda. Takich płycizn i nieporozumień interpretacyjnych jest znacznie więcej, akcje Krzysztofa Niemczyka stają się „komiczne i wzruszające”, gdy w istocie więcej w nich tragicznego heroizmu. W pasyjnym cyklu Sempolińskiego (skandalicznie reprezentowanego tylko jedną reprodukcją), u którego relacje między cielesnością a metafizyką wyrażają się dramatycznie Leszkowicz dostrzega, tylko tyle, że „Spirala linii (…) przechodzi w sferze genitaliów w wir. Tam ręka artysty pracuje najwięcej!!!” Tu dygresja – zamiłowanie autora do używania wykrzykników jest nieznośna. Sempolińskiemu dostaje się za niechlubną skłonność do abstrakcji, miast podejmowania „właściwego tematu”. Myślałem, że czas takich uwag skończył się w okolicach 55 roku.
Najwięcej miejsca Leszkowicz poświęca współczesnej twórczości gejowskiej. Tu dla mnie zaczynają się schody, bowiem znaczna większość prezentowanych twórców tworzy erotyczną konfekcję artystyczną o poziomie przyzwoitym a czasami gorszym. Tracą na tym ujęciu artyści dobrzy, ponieważ Leszkowicz nie wprowadza jakichkolwiek rozróżnień jakościowych. Zawsze niebanalny Radziszewski i świetny malarsko Adach, zestawiani są z autorami obrazków, którzy (za parę lat) mogliby znaleźć się w tak ważnych kulturotwórczych instytucjach jak Napiórkowska Gallery. Tracą czytelnicy, którzy mogą wyrobić sobie pogląd, że sztuka gejowska jest miałka i nie ma wiele do zaproponowania. Szczególnie w zestawieniu z obrazkami Piotra Kosińskiego, Mateusza Kostrzewskiego czy Łukasza Stokłosy bawi powtarzana do znudzenia teza Leszkowicza o rewolucyjnym charakterze homoseksualnej twórczości.
Łukasz Stokłosa, bez tytułu, ol. na płótnie, 30 x 40 cm. Nie dość, że konfekcja, to jeszcze kiepska warsztatowoCzytając Art pride co chwilę zerkałem za okno kawiarni, by sprawdzić czy przypadkiem na ulicy nie jest usypywany stos dla gejów, bowiem autor maluje wizję polskiej homofobii, jako najstraszniejszej. Jej ofiarami stają się wszyscy homoseksualni artyści, którzy niedostrzegani są przez "homofobiczny" świat sztuki. Kłóci się to niestety z niemal kanonicznymi pozycjami artystów starszego pokolenia - Jacka Sempolińskiego czy Krzysztofa Junga, nie zgadza się to z zainteresowaniem jakimi cieszą się młodzi Radziszewski, Bachorczyk czy Adach. Przedstawianie Mitoraja jako ofiary ukrytej homofobii polskiej elity kulturalnej, jest zwyczajnie kuriozalne. Czy Leszkowicz nie widzi, że ten rzeźbiarz od ponad trzydziestu lat nie stworzył nic nad pustą, acz pretensjonalną dekorację?
Jak już jesteśmy przy Mitoraju, artyście niemal kościelnym, pragnę zwrócić uwagę na katofobię Leszkowicza. Owszem obecnie stosunki między kościołem rzym-kat, a środowiskami gejowskimi nie układają się najlepiej, ale to nie powód by kościół oceniać jako najgroźniejszą instytucję świata (a taki jego obraz płynie z książki Leszkowicza). Jest to nieuprawnione, szczególnie z punktu widzenia historyka sztuki, ba jest to zwyczajnie niesprawiedliwe. Wszak to pod mecenatem kościoła rzymskiego powstawały najznamienitsze homoseksualne arcydzieła sztuki. To dzięki kościołowi możemy podziwiać wizerunki św. Sebastiana, cieszyć się ekstatyczną twórczością Michała Anioła i rozkoszować się Caravaggiem. Kościół przez wieki nie tylko dawał pracę homoseksualnym artystom, ale także był schronieniem dla homoseksualistów, którzy nierzadko robili w nim zawrotne kariery, niektórzy stawali nawet na jego czele. Jeśli wierzyć tvn-owskiej Uwadze, to największe, najspektakularniejsze dzieło postmodernistycznego turbo-baroku, powstało właśnie dzięki queerowej estetyce proboszcza z Lichenia. Czyż godzi się tak atakować takiego mecenasa, który nie pozwala umrzeć z głodu ofierze homofobii Mitorajowi? Nie godzi.
Igor Mitoraj - Ofiara homofobii polskiej elity kulturalnej, czy tylko kiepski artysta Niezmiernie cenię u historyków bądź krytyków sztuki, kiedy piszą o obiekcie swych badań (dziele sztuki) emocjonalnie... Leszkowicz owszem, piszem emocjonalnie, nawet bardzo, lecz nie o samym obiekcie, lecz o obiektach, jakie ów obiekt przedstawia; roztkliwia się nad penisami, torsami, owłosieniem. Nie chciałbym znaleźć się w skórze heteronormatywnego historyka sztuki, który tak opisywałby dzieła przedstawiające płeć przeciwną.
W Art Ptride czytamy, że „estetyka gejowska jest jedną z równoprawnych i równoważnych stylistyk występujących w postmodernistycznej kulturze”, nie mam co do tego wątpliwości. Ale jej wytwory różnią się między sobą jakościowo. Nie wystarczy być artystą gejowskim, przyda się także być artystą dobrym. Przegięcie i balansowanie w okolicach kiczu jest cenną wartością kultury gejowskiej, nie kwestionuję jej, ba uwielbiam ferię spektaklu Pet Shop Boysów. Niestety Leszkowicz zaproponował w swojej książce zbyt wiele plastycznego ekwiwalentu radosnej twórczości nadwiślańskiej Shazzy; i to zarówno w poziomie prezentowanej sztuki, jak i stylistyki tekstu.
Turbobarok Licheński - według reporterów Polsatu, spełnienie estetyki queerowego proboszczatekst jest rozszerzoną wersją recenzji, która ukazała się lipcowo-sierpniowym numerze Lampy, z którą autor ma przyjemność współpracować http://www.lampa.art.pl/
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Baedeker po Rajkowskiej
Kiedy w 1829 roku Karl Baedeker wydał swój przewodnik po dolinie Renu, nie zdawał sobie sprawy, ze znaczenia jakie jego książka wnosi do kultury nowoczesnej. Bedekery stały się nieodłącznym atrybutem jednej z głównych i najbardziej długowiecznych figur epoki – turysty. Książeczki w czerwonej oprawie stały się jego niezbędnym ekwipunkiem, ważniejszym od termosu, kanapek z jajkiem czy aparatu fotograficznego. Dzięki nim XIX wieczny pan Biedermeier oraz jego następcy zyskują tożsamość i dobre samopoczucie obywateli świata.
W przeciwieństwie do anachronicznego podróżnika, oddającego się żmudnym studiom poświęconym celowi podróży, bądź przeciwnie zdającemu się w swoich peregrynacjach na szczęśliwy los ( Pickwick, Yorick), wycieczka turysty musi być zoptymalizowana i ekonomiczna jak życie Mr Coola. Biedermeier, Jowialski i Magda M. nie mogą sobie pozwolić na na bezcelowe kluczenie po uliczkach i zaułkach. W minimalnie krótkim czasie, muszą poznać maksymalnie wiele i zyskać pewność, że ich poznanie było słuszne. Wiedzieć i zobaczyć muszą nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla cioci, której imieniny, czy Krysi z działu HR – to oni muszą wiedzieć, że obywatelka M. jest znacznie bardziej obyta, światowa, zasadniczo au courant a w zasadzie to on time. W sukurs turyście przychodzi pan Baedeker, uzbrojony w jego książeczkę obywatel całą wiedzę o Rzymie posiądzie w trzy dni, musi być tylko jemu posłuszny, a ten obsłuży go kompleksowo. Wytyczy trasę, wskaże gdzie i co zjeść, wyjaśni co akwedukt, kto zacz Stanza Watykańska oraz gdzie Carla Bruni z Sarko ten tego i w ogóle. On pokieruje jego wzrokiem i duszą tak, by wiedział i widział wszystko co wiedzieć i widzieć musi. „Po lewo Coleseum, na prosto papież, a tutaj lwy z chrześcijan befsztyk przyrządzały… no pani Jolu, proszę się tam nie patrzeć i nie fotografować, tu nie ma czasu, cała wycieczka na panią czeka… prosimy do autokaru, będziemy oglądać śpiewające fontanny…”
Oczywiście jest to wyjątkowo złośliwy obraz przewodnika i jego użytkowników. Prawdą jest, że bez przewodnika człowiek się nie obędzie, co wiedzieli już za Pauzyniasza. Przewodnik jest konieczny zawiera w sobie mapki, kluczowe informacje, pewne anegdoty, które mogą personalizować nasze nastawienie do obcego nam miejsca. Powinien być swoistą instrukcją obsługi danego terytorium, zestawem podstawowych informacji i narzędzi do samodzielnego poruszania się w nieznanym terenie. Takimi przewodnikami były chociażby innymi książki Karla Baedekera. Gdzie przebiega granica pomiędzy Baedekerem, a bedekerowską brechtą, odpowiedź jest wyjątkowo prosta: w szczegółach, akcentach i niuansach.
Nowe czasy, nowy człowiek, przewodniki też nowe, dawno wyszły już z omawiania miejsc, a zajęły się sferami niższymi (wina, piwa, restauracje, sery) i wyższymi (muzyka, literatura, sztuka a nawet idee). W tych drugich celuje Krytyka Polityczna, która właśnie wydała przewodnik poświęcony Joannie Rajkowskiej. W zamierzeniach przewodniki Krytyki „prezentują wybrane zagadnienia lub dorobek autora, wyznaczając całościową i oryginalną perspektywę rozumienia danej tematyki. (…) Celem każdego Przewodnika jest nie tylko przekrojowe przedstawienie danego problemu, ale też umieszczenie go w nowym kontekście, wolnym od zniekształceń instytucji rynku, akademii i mediów masowych”. Tyle zamierzenia, a jak wygląda praktyka? Ano wygląda ona różnie.
Efemeryczność i intymność już od początku drogi twórczej cechuje działania artystki. W czasie jednego z pierwszych performance’ów obmywała gości galerii jodyną, pozornie prosty gest był jednak silnie obarczony konotacjami religijno-kulturowymi, które mogłyby zdawać się zbyt patetyczne, a takie nie były. Uczestnicy performance’u w zetknięciu z aksamitną ciepłą cieczą delikatnie rozprowadzaną po ciele przez artystkę musieli poddać się silnym sensualnym bodźcom, „odpływając” z kontekstu kultury i galerii. Kontaktowi międzyludzkiemu – tym razem jego niemożności – artystka poświęciła kolejną akcję, będącą jej osobistą reakcją na chorobę Alzheimera, której ofiarą padła matka artystki. Zaanonsowawszy się wcześniej w jednym z francuskich dzienników, Rajkowska stanęła na szczycie La Grande Arche skąd białą chustą próbowała nawiązać z kimkolwiek kontakt, została jednak niezrozumiana, niezauważona. Było to działanie, w którym artystyczna i osobista klęska zostały od początku przewidziane.
Charakterystycznym rytem prac Rajkowskiej jest ich wieloznaczność, brak zamieszczenia w nich imperatywnej interpunkcji sprawia, że dają się odczytywać na wielokroć sposobów; i tak Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich, które w zamierzeniu autorki były przypomnieniem wielowiekowej obecności Żydów w Polsce, stają się raz pielęgniarką (w trakcie strajku pielęgniarek w 2007), dla mnie są rzeźbą miejską wpisującą się w narodowy dyskurs sarmacko-anarchistyczno-absurdalny, a pewnemu taksówkarzowi jawiły się następująco: „Za komuny panie, tu ustawiali klatki z białymi myszkami, co by mierzyły poziom spalin w powietrzu, i to to czemuś służyło, jakiś pożytek był. Taka palma niczemu nie służy, a stoi i niech se panie stoi, ja nikomu zabraniać nie będę…”
Są jednak znaczne słabości Przewodnika. Tkwią one w tekstach krytycznych i w wywiadach. Otóż ich uwaga skupia się na najbardziej medialnych realizacjach Rajkowskiej takich jak Minaret, Palma czy Dotleniacz, pobieżnie lub zgoła pomijane są w nich kameralne akcje artystki jak Wirnik, Spluwaczka czy Szybowce. Skupiając się na „największych” pracach, wokół których dyskurs ustalił się już w czasie debat prasowych im poświęconym, autorzy przewodnika zamiast „umieszczać je w nowym kontekście” zawłaszczają je w własnym (politycznym) kontekście. Mamy do czynienia z interferencją (nakładaniem się) komunikatów [politycznych]… interferencja ma jednak to do siebie, że nakładające się na siebie fale raz ulegają wzmocnieniu, innym razem osłabieniu… Pewna nachalność i powtarzalność tych samych stwierdzeń, robienie z prac Rajkowskiej dzieł większych niż są w rzeczywistości (a są bardzo dobre) męczy i nuży, a do artystki może zniechęcać. (na szczęścia ta broni się sama).
Lektura Przewodnika jest niezbędna dla zajmujących się zawodowo sztuką współczesną lub przestrzenią publiczną, miłośników Krytyki Politycznej do lektury przekonywać nie muszę, a innych nie zamierzam.
środa, 20 stycznia 2010
Obraz Rodzinno-towarzyski KwiekKulik, Dwurnika, Gierzyńskiej, Wnuka i Wnuk-Gierzyńskiej
Obraz „rodzinno-towarzyski” to wielki „olej na płótnie” (2,77 x 4,57 cm) – tak jakby jego fizyczna wielkość odpowiadała/okpiwała wielkość ideową stojącą za dziełem. Przedstawia trzy młode pary (plus dziecko) idące radosnym krokiem przez łąkę, sześć osób – sześcioro artystów: Zofia Kulik i Przemysław Kwiek (obok nich, syn Maks Kwiek), Teresa Gierzyńska i Edward Dwurnikowie oraz Dorota i Daniel Wnukowie, każdy z nich namalował samego siebie i tło przylegające do własnej osoby. Obraz daje poczucie sielanki i dobrej zabawy. Nie jest to jednak niewinna majówka, a bardzo poważny pochód pierwszomajowy, którym artyści pragnęli oddać rocznicową cześć idei Wielkiej Rewolucji Październikowej, a przy okazji wygrać konkurs zorganizowany przez ZPAP z okazji jej 60. rocznicy – wygrać konkurs i zgarnąć kasę, która młodym zawsze jest potrzebna. Udało się, obraz zdobył drugą nagrodę. Pochód odbył się na warszawskich Stegnach, a jego dokumentacji fotograficznej podjął się Kazimierz Krzeski (to jego ręka pojawia się po lewej stronie obrazu). Dokumentacja ta wskazuje, że „praca” przebiegała w swobodnej i majówkowej atmosferze.
Artyści postanowili zagrać z konwencjami socrealizmu i konkursów państwowych urządzanych „ku czci”. W czasie, kiedy socrealizm był już od ćwierćwiecza niemal martwą i wstydliwie zapomnianą doktryną czasu „błędów i wypaczeń”, młodzi plastycy postanowili zagrać jego metodami. [choć na partyjnych konkursach, spotykało się jeszcze „Leninów w Poroninie” bądź bohaterów Armii Ludowej] Obraz zdaje się być wewnętrznie sprzeczny, z jednej strony jest niemalże idealnym dziełem socrealistycznym (kolektywna praca artystyczna, ikonografia pochodu robotniczego, słuszna wymowa); z drugiej jego zaprzeczeniem (indywidualizm i formalizm plastyczny, wrogie socjalistycznemu państwu emblematy zachodniej kultury, wyraźny brak przynależności do słusznych organizacji młodzieżowych jak i pewne rozprężenie portretowanych). Wszystko to wywołuje pewne zmieszanie, nie jestem pewny jaki był stosunek artysty do Wielkiej Rewolucji Październikowej, apoteotyczny czy kpiarski?… A może należałoby odczytać dzieło jako próbkę (na szczęście nieistniejącego) socrealizmu gierkowskiej prosperity, trochę zachodniej, trochę przaśnej, nowoczesnej w materii, akademickiej w kompozycji, swoistym gusto polacco. Być może tak właśnie odczytało obraz jury, przyznając mu trzecią nagrodę, choć logika tego wyboru nie jest dla mnie jasna, może partyjni „koneserzy sztuki” również byli obdarzeni poczuciem humoru?
Obraz jest, istnieje zwinięty w pracowni jednej z autorek, choć istniało ryzyko, że zostanie pocięty, nie zdobi żadnego gmachu publicznego, ani ścian muzeum. Byłbym zapewne o jego istnieniu nie wiedział, gdyby nie jego drugie pojawienie się w 91 roku na wystawie „Polski Szyk” zorganizowanej przez Andrzeja Bonarskiego i Marylę Sitkowską w Zachęcie oraz pewne zamieszanie jakie wywołał. Dwurnikowie i Wnukowie, chcieli wycofać go z wystawy, Kwiek-Kulikowie chcieli by na niej został lub został pocięty, kuratorzy zaś chcieli mieć go w swoim kontekście „soc-pokoiku” obok „Abakanu” z gabinetu sekretarza partii i zrobionej przez siebie instalacji. Między nimi wszystkimi krążyły pisma, pretensje, listy, z których lektury dziś ciężko jest znaleźć właściwy powód zamieszania. Wydaje się jakby wszystkim uczestnikom sporu brakowało dystansu i pewnej autoironii, która cechowała ich wcześniej. Może wtedy, jeszcze zbyt mało czasu upłynęło od „upadku komuny” a na pokazywanie swoich gier z systemem było jeszcze za wcześnie?
Ale dziś… w dwudziestą rocznicę „Wyborów ‘89”? Na pewno warto jeszcze raz spojrzeć na obraz, czy nie dałoby się go dostosować do nowych wymagań? Czy tak nie mógłby wyglądać obraz upamiętniający już właściwą rocznicę? Wszak to świętujący i beztroscy yuppies na łące, bardzo podobni do moich znajomych, z którymi oblewałem w klubach rocznicę czwartego czerwca.
Tekst, ten napisałem już parę miesięcy temu, aktualnie obraz można zobaczyć na wystawie KwiekKulik we wrcoławskiej BWA i wszystkich mających taką możliwość gorąco do tego zachęcam. Gdyby ktoś mógł przesłać mi jego zdjęcie z Wrocławskiej wystawy, byłbym b. wdzięczny
środa, 2 grudnia 2009
Młody Murarz Borowczyka - Socrealizm niemal doskonały
Zainteresowanie tej pracy należy się z paru względów: jej niewątpliwej urody, samego autora, oraz relacjach jej z kontekstem historyczno-kulturowym.

Walerian Borowczyk. Z cyklu "Nowa Huta": Młody murarz w niedzielę
Zacznę od skrótowego przedstawienia autora. Walerian Borowczyk (1923 Kwilicz - 2006 Paryż) należy do pokolenia artystów, które wchodziło w pole sztuki w okresie panującego socrealizmu (z tego czasu pochodzi omawiana praca). Studiował malarstwo i grafikę na Krakowskiej ASP, już na studiach rozpoczął pracę nad filmami animowanymi. Jako rysownik współpracował z Nową Kulturą i satyrycznymi Szpilkami. Na początku lat 50. wraz z Janem Tarasinem wydali album rysunków satyrycznych i obydwaj podjęli graficzną próbę sportretowania Nowej Huty. Grafiki nowohuckie prezentują pewne wspólne dążenia artystów i skupienie ich na błahych objawach codzienności. Projektował także plakty filmowe i teatralne.Walerian Borowczyk, plakat do filmy Sąd Boży
(To przypadek, a nie jakaś moja fiksacja na filmowców, ale) tak jak bohater poprzedniego wpisu Borowczyk znany jest głównie jako filmowiec, jego animowane filmy krótkometrażowe uważane są za arcydzieła gatunku, zaś pełnometrażowe soft-erotyczne za kultowe, to dzięki nim we Francji zyskał sobie przydomek "Boro". Szerszej publiczności polskiej dał się poznać jako autor skandalizujących Dziejów grzechu wg. Żeromskiego.
Przejdźmy teraz do grafiki.
Jest to czarno-biała, całkiem spora 35 x 25 cm litografia. Widzimy na niej przedstawionego en face młodego mężczyznę (chłopaka) ujętego w znacznym przybliżeniu. Postać zajmuje ok. 3/4 płyty, resztę artysta pozostawił czystą. Jak informuje nas tytuł przedstawiona postać to młody (ok. 20 lat), nowohucki robotnik, sportretowany przez artystę w dniu wolnym od pracy. Ubrany jest odświętnie ma na sobie ciemną koszulę, białą kamizelkę i marynarkę, szyku dodaje sobie lekko zaciągniętym na czoło kapeluszem i palonym w fifce papierosem. Mimo, że nie widzimy jego oczu - pada na nie cień rzucany przez rondo kapelusza - zdaje się nam, że chłopak właśnie patrzy na nas, śmiało, może nawet nieco bezczelnie. Jego młodzieńcza twarz nie wyraża szczególnego napięcia, raczej jest w jakiś sposób uwodzicielska, tak jakby ów młodzieniec szedł zaraz na potańcówkę lub randkę. Młodzieniec jest raczej typem efeba niż robociarza-stachanowca. Charakteryzuje go dbałość o swój wygląd, jest modnie ubrany, starannie ogolony, a kapelusz wyprofilowany jest tak, by zadać mu pewnego szyku, możemy powiedzieć, że nasz bohater jest swoistym robotniczym dandysem. Proletariackość stylu zdradza nonszalancko palony papieros w fifce, ale nie tylko, mówi nam o tym całość, z tymże by ją wykazać musiałbym przeprowadzić żmudną i nudną analizę, zdaję się tedy na nieśmiertelną kategorię non so che.
Litografia ujmuje widza swoją urodą, na którą składają się dwa elementy. Pierwszy to estetyczna atrakcyjność modela, którą już opisałem, drugim jest kwestia rozwiązań formalnych, które stosuje autor. Grafika urzeka mnie pewną lekkością i prostotą. Lekkość osiąga dzięki kompozycji, doborowi modela, ale także pewnej malarskości w operowaniu plamą i nieprzeładowaniu obrazu szczegółami, które owszem pojawiają się w obrazie, lecz są tylko zasygnalizowane, przez dorbne bliki bieli. Borowczyk do maksimum wykorzystuje możliwości jakie stwarza litografia w grze światła i cienia, przy czym warto podkreślić robi to z niezwykłą starannością i jest do facto jedyny środek jakim operuje budując obraz. Rozmyślnie wprowadził też przyciemnienie tła wychodzące zza ramion modela, wprowadza ten element, by zrównoważyć ciężar kompozycji, by ta "nie waliła się" do dołu. Całość sprawia wrażenie skończoności, a mimo tego praca zachowuje pewien szkicowy i ulotny charakter.
Młody murarz a socrealizm
Analizie formalnej poświęciłem tyle miejsca nie bez przyczyny, dostrzeżenie cech formalnych tej pracy, pozwoli nam dobrze przyjrzeć się skomplikowanym relacjom jakie zachodzą pomiędzy omawianą grafiką, a panującą wówczas doktryną artystyczną. Jak wspomniałem litografię tę cechuje staranność, lekkość i wykończenie. Toż to formalizm, najgorsza herezja względem doktryny, relikt gustów burżuazyjnych. Socrealizm nad formę skończoną i dopracowaną przedkładał niedokonczenie i wulgarność środków (wszak ważna jest idea a nie forma), postulowane były formy monumentalne, a nie lekkie; estetyczna atrakcyjność była potępiana jako burżuazyjna zaszłość. Nową sztukę (jak i całą kulturę wizualną) miała znamionować zunifikowana zgrzebność - zwyczajna brzydota. By się o tym przekonać wystarczy zerknąć do galerii sztuki nowoczesnej w MNW bądź też sięgnąć po Dziennik Tyrmanda, w którym wiele miejsca poświęca on panującej wówczas estetyce oficjalnej.
A jedank... mamy niewątpliwie do czynienia z dziełem socrealistycznym, którego słuszność została usankcjonowana przez nagrodzenie całego cyklu Państwową Nagrodą Narodową - w końcu taka nagroda to nie byle co. Z resztą nawet pod względem formalnym naszą grafikę możemy ostatecznie uznać jako socrealistyczny utwór. Murarz jest realistyczny? Jest. Lekkość i wrażenie szkicowości możemy określić jako "szkicową poetykę plastyki faktu", a poza tym niż forma, ważniejsza jest treść i ideowość. Tu mamy bowiem do czynienia z utworem socrealistycznie niemal doskonałym.
Przede wszystkim mamy NOWEGO CZŁOWIEKA, człowieka, który swoją egzystencją uwidacznia sukces sztandarowego dzieła Planu 6-letniego - Nowej Huty. Dzięki Borowczykowi jestesmy świadkami cywilizacyjnego skoku, widzimy właśnie przed sobą młodzieńca, który jest znakiem tej przemiany. Z przedwojennej Polski wiejskiej, niezelektryfikowanej, analfabetycznej, zapełnionej głodnymi i bezrobotnymi nieświadomej swej klasowości mieszkańcami, do Polski nowoczesnych i równych obywateli, wyedukowanych, świadomych swej przewodniej siły, aktywnie budujących Nowy ustrój i Nowy Wspaniały Świat. Ten chłopak jest znakiem przemiany - tu piszę już bez ironii, zapewne gdyby nie plan 6-letni i nie budowa Nowej Huty, on tak jak jego ojce siedziałby na wsi, w dzieciństwie pasł krowy, a później może załapałby się do jakiejś roboty. Zapewne byłby analfabetą. Teraz jest człowiekiem miasta, jest nowoczesny. Widzimy to, widzimy to w jego miejskim modnym ubraniu, w gestach i detalach podpatrzonych na filmach (papieros, kapelusz). W dzień Wolny od pracy idzie się zabawić, skorzystać z możliwości jakie daje mu młodość i pozycja społeczna… W świat młodego robotnika, wchodzimy także przez kolejną grafikę z cyklu Stół w hotelu robotniczym mamy na nim przedmioty najbliższe: zegarek naręczny (gdzie jego ojciec mógł pomarzyć o zegarku), wędlina (z tym przed wojną też było krucho), butelka piwa (jedna, a nie jak w zdegenerowanym świecie z lat 30. Linkego setki butelek), papierosy. Skromnie, acz nie nędznie, czysto, prosto, schludnie. Borowczyk pokazuje sukces nowego państwa – nowego porządku w osiem lat po wojnie.
Walerian Borowczyk, Stół w hotelu robotniczym
[Pomińmy kwestię prawdy w samym obrazie i prawdopodobieństwa wystąpienia takiego obrazu w Nowej Hucie, wszak już Ważyk w Poemacie…. Umówmy się, że leży ona gdzieś pomiędzy cyklem Borowczyka, a Poematem ważykowskim.]
To, co pociąga mnie w najlepszych artystycznie dziełach socrealizmu (tak istnieją takie: Postacie Fangora, 3 x TAK Wróblewskiego, gross wierszy Gałczyńskiego) to istniejąca w nich sprzeczność i destruktywność wobec założeń (czy zawsze mimowolna?). Otóż te niemal idealne utwory socrealistyczne, które de facto jako najlepsze konstytuowały gatunek, mogły stanowić za jego paradygmat, jednocześnie anihilowały nie tylko sam socrealizm, ale także cały system, który miały obrazować. Obnażały jego niemożliwość, głupotę, prostackość… Czy mam rację?
Powróćmy na moment do litografii, czy przedstawiony na niej młody, modny chłopak jest ucieleśnieniem ideowego człowieka komunistycznego? Mam wątpliwości. Brak w nim jakichkolwiek cech dystynktywnych, które miałyby świadczyć o jego słusznej postawie, czy widzimy go na zebraniu ZMP? A może właśnie się tam wybiera? Na stole w hotelu robotniczym nie odnajdujemy ani legitymacji partyjnej, ani Historii WKP(b). Przedstawiony jest w niedzielę, też źle (choć przynajmniej w tym stroju z papierosem nie idzie do kościoła), bowiem w niedzielę nie jest on w pracy i nie ma obowiązku uczestniczenia w masówkach. Jego ubranie też nie takie, gdzie jest oliwkowa koszula z czerwonym krawatem? Nie ma zamiast tego widzimy młodzieńca ubranego z pietyzmem według kosmopolitycznej mody (ba! może nawet ubrania te i kapelusz ma zdobyte na ciuchach?) Jego włosy też są zbyt długie, jak na prawomyślnego ZMPowca. W ogóle mamy do czynienia z jakimś niepewnym elementem, bezideowym indywiduum, któremu bliżej jest do Jamesa Dean’a niż do tych, którzy hartowali stal (nota bene pewną uniwersalność owego lekko łobuzerskiego sznytu, z który spotykamy po dwóch stronach żelaznej kurtyny). Młody murarz zdaje się być człowiekiem Wolnym, wymyka się spod ideologii i bliżej mu do współczesnego konsumenta, niż budowniczego świata. I właśnie dlatego praca ta mnie tak urzeka… no, a poza tym jest wyjątkowej urody.
Tu więcej prac Borowczyka
W. Borowczyk Czołg pokoju z cyklu "Nowa Huta"
W. Borowczyk, Zmienia się krajobraz z cyklu "Nowa Huta"
W. Borowczyk, Truman z cyklu: "Portrety" 1952
W. Borowczyk Pius XII z cyklu: "Portrety" 1952
http://www.youtube.com/watch?v=Xb_vQKl5RL0 Borowczyk & Lenica Sztandar Młodych

